Jest sympatycznie, jest miło, ale... nie podpalamy się. Razem z Wisłą
jesteśmy na czele ligi, ale kto pamięta o tym, kto był na czele rok
temu po czterech kolejkach? Nikt. To nie ma najmniejszego znaczenia.
Tyle tylko, że pracuje się w przyjemniejszej atmosferze. Dlatego
spokojnie będziemy robili to, co sobie założyliśmy – podnosili swój
poziom. Dziś dostałem mądrego smsa: „Do sukcesu nie dojedzie się windą,
trzeba dojść schodami”. I my idziemy, powoli pokonujemy kolejne stopnie.
Mecz z Lechem był okazją do kilku fajnych spotkań. Bardzo się cieszę,
że spotkałem mojego ostatniego kapitana z Zagłębia Lubin, Manuela
Arboledę. Tak, kapitana. Właśnie temu chłopakowi dałem opaskę w
ostatnim swoim meczu w tamtym klubie, gdy już widziałem, co się dzieje.
Oczywiście, niektórzy w zespole śmiali się z niego, patrzyli dziwnie –
jak to on kapitanem? Nie dość, że czarny, to jeszcze za dużo nie mówi.
A ja się bardzo cieszę, że zdążyłem mu dać tę opaskę, bo to naprawdę
fantastyczny, lojalny i oddany chłopak.
Imponowało mi to, jak Manuel pamiętał zawsze o trenerze Smudzie – nie
cieszył się, kiedy strzelał gola zespołowi prowadzonemu przez Franka,
napisał jego nazwisko na koszulce po zdobyciu mistrzostwa Polski. Napis
był bodajże taki: „Jezus, Michniewicz, Smuda – dziękuję”. Maniek
popełnił taktyczny błąd, że nie umieścił jeszcze słowa „Pietryszyn”,
może wówczas nie byłby tak niszczony po moim odejściu. Naprawdę,
skandalem jest to, jak traktowano Arboledę przez ostatnie miesiące. To
był sabotaż.
Z drugiej strony – w Zagłębiu cierpiał też Marcin Pietroń, tylko
dlatego, że to ja na niego postawiłem. Dobrze, że udało się go ściągnąć
do Gdyni, bo to bardzo ciekawy chłopak – nie mamy w Polsce wielu takich
dynamicznych, lewonożnych piłkarzy...
Kolejne miłe spotkanie w meczu z Lechem (oczywiście oprócz piłkarzy
tego klubu, który kiedyś prowadziłem) – z Frankiem Smudą. Wielu
dziennikarzy próbuje wywołać wrażenie, że ja i Franek za sobą nie
przepadamy. Jasne jest to, że ani ja, ani on nie szukamy przyjaciół
wśród trenerów, bo każdy chce wygrywać. Ale po raz kolejny miło
porozmawialiśmy, wypiliśmy herbatkę. Troszkę mi Franka żal, bo w
ostatnim czasie zrobiła się taka atmosfera, jakby Lech miał wygrywać
każdy mecz, a to przecież niemożliwe. I biedak zestresowany...
Przed meczem „Franz” dostał kwiatka od pani, która chodzi na mecze Arki
od 70 lat. Potem nie wiedział, co z nim zrobić, bo trochę głupio by na
ławce wyglądał z kwiatkiem, więc poszedł i dał go naszej pani z
magazynu, pani Jance:)
Jeśli chodzi o mecz i samą Arkę... My nie będziemy na razie grać takiej
piłki jak Lech – mam na myśli styl – bo nie mamy takich wykonawców (ich
środek pola to bajka, inni kopią piłkę, oni w nią grają). Staramy się
maksymalnie wykorzystać swój potencjał. Bardzo zadowolony jestem z pary
Zakrzewski – Wachowicz, czyli z naszej siły rażenia. Imponuje mi, jak
pracuje Bartek Karwan. Jeśli widzę, że tak zaawansowani wiekowo
piłkarze jak on i Tomek Sokołowski zostają po treningu ćwiczyć
dośrodkowania, to jest to budujące. Pochwalić muszę Darka Ulanowskiego,
który wykonuje wspaniałą pracę w środku pola – ma 37 lat, a biega do
upadłego. Śmieję się, że po takim meczu wyślę go w błota do
Ciechocinka. Niech sobie tam poleży:)
W ogóle cały zespół spisuje się naprawdę dobrze – ci chłopcy chcą się
uczyć, chcą być lepsi, chcą wygrać każdy mecz. Widziałem, jak skupieni
byli przez cały tydzień, gdy robiliśmy analizy gry. Ponadto
fantastyczną robotę robi Kristijan Brćko, czyli trener od przygotowania
fizycznego.
Na koniec lekko zmienię temat i... nastrój. Na konferencji prasowej po
raz n-ty pytano mnie, czy tym meczem chciałem coś komuś udowadnić. Z
kolei przed sezonem w telewizji słyszałem, że Michniewicz będzie miał
okazję udowodnić, czy jest zdolnym trenerem młodego pokolenia. Chciałem
raz jeszcze wszystkim oświadczyć – ja nie muszę niczego nikomu
udowadniać. W polskiej piłce zdobyłem wszystko, co było do zdobycia,
nie prowadziłem przy tym klubów uznawanych za potęgi. Ja po prostu
pracuję i robię swoje. Tylko tyle i aż tyle.
Poza tym – co to znaczy „udowodnić coś”? Moją pracę ocenia się przez
pryzmat tego, czy Zakrzewski trafi w słupek, czy obok słupka. Nie ma
żadnej fachowej analizy tego, co robię i jak robię. Może tu się narażę
niektórym dziennikarzom, ale... oceniają mnie ludzie, którzy nawet nie
chodzili na w-f w szkole. Jeśli coś na temat mój i mojego zespołu mówi
inny trener – pan Kasperczak, pan Piechniczek – to staram się nad tymi
słowami zastanowić. Ale co ma do powiedzenia dziennikarz? Przecież
większość z tych dziennikarzy nigdy nie kopnęło piłki, kilku za to...
połknęło. |