czytaj dalej

Newsy » Wywiady

29-11-2010

Kto siadał do piłkarskiego pokera, musiał grać znaczonymi kartami

 - Czasy w piłce były trudne. "Piłkarskiego pokera" Zaorski nie nakręcił na podstawie wydarzeń z lat 90., to było już znacznie wcześniej. Ktoś stworzył fundament, ktoś to aprobował. A później to już kolejne pokolenia zasiadały do gry w pokera znaczonymi kartami, mając świadomość, że każdy każdego chce oszukać. Wszyscy, którzy siedzieli przy piłkarskim stole, grali znaczonymi kartami - mówi Czesław Michniewicz, trener Widzewa Łódź, w rozmowie z Cezarym Kowalskim.

Polski Mourinho jest oburzony tym, co zrobił ostatnio pierwowzór, który namówił piłkarzy, by celowo otrzymali czerwone kartki, aby "oczyścić" się przed najważniejszymi meczami? 

Hipokryzja ze strony tych, którzy mówią, że stało się coś strasznego. O wiele bardziej niesportowe jest np. wymuszanie karnych. Takie rzeczy działy się również u nas w lidze, gdy kartki sumowano z meczów ligowych i pucharowych. To jest element gry, taktyka. Nastawiona na grę w następnej rundzie. Nie wszystkim jednak może się to podobać, i ja to rozumiem
 
Jest Pan w dalszym ciągu wielkim zwolennikiem Portugalczyka?
 
Imponują mi trenerzy, którzy potrafią nadać swoim drużynom tożsamość. A Mourinho jest tego mistrzem. To mi imponuje, a nie jak się trener ubiera i co mówi. Patrzę na zespół i widzę rękę trenera. Jak by mi pan pokazał Liverpool z czasów, kiedy zespół prowadził Benitez i przy piłce byłby w określonym momencie Carragher, od razu byłbym w stanie powiedzieć, co on zrobi. 

Na ile ten sukces Mourinho osiąga swoją arogancją? 

On jest sobą. Tego się nie da grać, tak jak nie da się stać przez całe życie na baczność. Jest kim jest, drugiego takiego nie będzie. Więc wszelkie naśladowanie to tylko karykatura. Ja będę brał z niego przykład, jeśli chodzi o niektóre elementy taktyczne, sposób gry, choć równie wysoko cenię Beniteza, ale nie kupię sobie takiego samego szaliczka. No i zawsze będę od niego wyższy i grubszy. Z nim jest jak z tą piękną kobietą, która idzie po ulicy i nikt jej nie musi mówić, że jest ekstra. 

Czemu w Polsce brakuje trenerów z tak silną osobowością? 

Bardzo często łamane są nam kręgosłupy. Łatwo zwolnić trenera, podważyć jego kompetencje i zrobić z niego idiotę. Po jednej przypadkowej porażce lub słabszym okresie. W Polsce trener nie może do końca być sobą, musi się naginać w różne strony. A ci, co mają ten kręgosłup, to się im go usiłuje natychmiast przetrącić. Jak przytakujesz, to nieco dalej zajedziesz, ale niczego nie osiągniesz. Ja nie przytakuję i to się nie wszystkim podoba. Taka moja natura i nie będę niczego zmieniał.

Nabrał Pan dystansu do zawodu po półtorarocznym bezrobociu? 

Mam dystans. Jestem po drugiej stronie rzeki. Skończyłem 40 lat, to jak na trenera jeszcze wiek juniorski i mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. Ta przerwa pozwoliła mi odróżnić ziarno od plew. 

Bardziej doskwierały kłopoty finansowe czy psychiczne? 

Nie chodzę do kasyna i jakoś finansowo przetrzymałem ten trudny okres. Ucierpiała za to trochę psychika, ale zyskała na tym rodzina, bo mogłem poświęcić dzieciom wiele czasu. Psychicznie się spalałem. Siedzi facet w sile wieku w domu i nic nie robi. Mogłem zrezygnować z trenerki i zająć się czymś innym. Ale od razu by powiedzieli, że boi się czegoś, jest skończony, nie dał sobie rady. Nie chciałem za wszelką cenę pracować tylko po to, żeby licznik bezrobocia przestał bić. Dlatego podziękowałem grzecznie kilku klubom za propozycje pracy i czekałem, aż zrobiło się 18 miesięcy. Postanowiłem, że jeśli zginę, to w mundurze. 

Miał Pan już moment w karierze, w którym poczuł się zbyt pewnie? 

O wzlotach i upadkach w piłce wiem dziś bardzo wiele, ale pewno jeszcze mnie zaskoczy. Zaledwie cztery lata zajęło mi zdobycie wszystkich możliwych tytułów ligowych i wtedy bardzo łatwo wpaść w pułapkę. Może to nie było samouwielbienie, ale delikatnie przez chwilę unosiłem się nad ziemią. Nie dostałem pozwolenia na lądowanie. Zastanawiałem się wtedy, jak można pracować 25 lat w zawodzie i nic nie wygrać. Można. Oczywiście, że można. Wydawało mi się, że kolejny klub to będzie kolejne mistrzostwo. 
Życie szybko uczy pokory, zwłaszcza w zawodzie trenera. 

Medialny jednak Pan był zawsze. 

Pisali o mnie nie dlatego, że mnie lubili, ale tylko dlatego, że udawało mi się w tamtym czasie wygrywać częściej niż innym. I to cała tajemnica mojej medialności, choć nieskromnie powiem, że wydawanie pieniędzy na moje szkolenie PR byłoby stratą kasy. Zawsze miałem czas dla mediów, bo wiedziałem, jaka jest ich i moja rola. Wiem, że dziennikarze są od kreowania rzeczywistości, są historycy od pisania i szukania prawdy. I tego nie zmienię, muszę to akceptować, choć często bywa to uciążliwe . 

Z czego wynikała tak długa przerwa? 

Tam, gdzie mnie chcieli do pracy, to ja nie bardzo chciałem, tam gdzie ja bym bardzo chciał, to mnie nie chcieli. A wszystkie inne teorie to tylko plotki. 

A czy to nie było tak, że przylgnęła do Pana łatka - korupcja. Może lepiej Cześka Michniewicza nie brać, bo korupcja? 

Czułem trochę ten ostracyzm. Od czerwcowej rozmowy z prezesem Widzewa Sylwestrem Cackiem zacząłem walczyć z plotkami i pomówieniami. Nie jest łatwo taką walkę wygrać, bo walczysz często z duchami. Dziś chcę się skupić tylko na pracy w Widzewie i tylko to się dla mnie liczy. 

Tak naprawdę nikt do niczego się jeszcze nie przyznał. Wszyscy są pokrzywdzeni.

Każde czasy mają specyfikę. W ekstremalnych warunkach człowiek podejmuje różne decyzje. Mówię o złych wyborach, współpracy z wrogiem, kolaboracji w czasach wojennych itd. Ktoś do tego cię pcha. W normalnych warunkach tego nie zrobisz. Czasy w piłce były trudne. "Piłkarskiego pokera" Zaorski nie nakręcił na podstawie wydarzeń z lat 90., to było już znacznie wcześniej. Ktoś stworzył fundament, ktoś to aprobował. A później to już kolejne pokolenia zasiadały do gry w pokera znaczonymi kartami, mając świadomość, że każdy każdego chce oszukać. Wszyscy, którzy siedzieli przy piłkarskim stole, grali znaczonymi kartami. 

Są znaczący ludzie w świecie polskiej piłki, którzy nigdy się z tym pokerem nie zetknęli? 

Nie wiem. Trudno mi powiedzieć, nie chcę nikogo skrzywdzić, mówiąc, kto był dobry, a kto zły. Każdy niech mówi za siebie, a wszyscy zostaniemy ocenieni na Sądzie Ostatecznym, dziennikarze też. 

A te Pana 711 połączeń telefonicznych ze słynnym "Fryzjerem"? 

Odpowiadałem wielokrotnie na to pytanie i nie chce mi się ciągle tego samego powtarzać. Wszystko, co mocno brzmi, dobrze się sprzedaje. Prawda jest taka, że niezależnie, z kim rozmawiałem i ile razy, to nie mam żadnego zarzutu. Ile razy jeszcze mam to powtarzać. 

Przejdźmy do spraw sportowych. Selekcjoner twierdzi, że nie ma zawodników do kadry w polskiej lidze. 

Nie można mówić, że jesteś czymś zaskoczony w lidze, skoro pracujesz tu tyle lat. Trener nie jest aż tak bardzo potrzebny dla Małysza, ale konieczny dla Stocha i i innych, aby coś z tych słabszych skoczków wycisnąć. To samo z piłkarzami. 

W kadrze niebawem ma się znaleźć Manuel Arboleda. To dobra droga?

Manu to fantastyczny chłopak, jak wygrywa, to całym ciałem, urodzony zwycięzca. Ale jestem przeciwny wszystkim naturalizacjom. Perquisów, Obraniaków, Arboledów. Kiedyś w Niemczech dostawałeś obywatelstwo, jak miałeś owczarka niemieckiego. Dzisiaj jak masz jakiegoś psa polskiej rasy, możesz grać w naszej reprezentacji. Tak nie może być. Niech się wszyscy zastanowią, co będzie dalej, po mistrzostwach. My mistrzostwa i tak nie zdobędziemy. Wyjdziemy może z grupy i będziemy wszyscy zadowoleni, bo dostarczyliśmy igrzysk. Tylko co po tym? Dalej będziemy naturalizować? 
Czy nie lepiej zastanowić się, jak lepiej szkolić młodych piłkarzy?
 
Ale Niemcy przecież robią to samo. 

Nieprawda. Niemcy ich wychowują. A my będziemy szukać babki w Argentynie i dziadka w Kolumbii. Psychoza. Ja jestem przeciwny. Nie zbawią polskiej piłki Perquis i Obraniak. Zagrają tak samo jak Polacy albo tylko odrobinę lepiej, a po mistrzostwach nie będzie drużyny. Nie będziemy się zastanawiać, jak wyszkolić następnego Lubańskiego, tylko jak znaleźć frajera, który nam kogoś już wyszkolił. My się zachowujemy jak ktoś, kto kradnie jabłka z cudzego sadu. 

Przed podjęciem pracy selekcjoner mówił dokładnie to co Pan teraz. 

Zobaczył, że jest dramat, mało czasu, presja, ja go rozumiem. Zrobił jednak błąd. Zbyt wiele obiecywał. W Trójmieście krąży taka anegdotka: Jaka jest różnica między prezydentem Gdańska i Gdyni. Prezydent Gdyni kolejny raz dostał 97 proc. poparcia, bo zawsze mówi zbudowaliśmy, zrobiliśmy. A ten w Gdańsku - zrobimy, zbudujemy. Smuda niepotrzebnie rozbudził nadzieje na szybką poprawę gry reprezentacji. Dziś już to wie i dlatego łatwo się irytuje ciągłymi pytaniami, dlaczego tak wolno idzie ta budowa reprezentacji. 

Obaj jesteście showmanami. 

Smuda musi być wyrazisty i chce. Problem polega na tym, że jak ja pracuję w Arce, to mnie słucha Gdynia, albo teraz Łódź, a Smudy słucha cała Polska. Jest prezydent, premier i Smuda. Trzy osoby najważniejsze w państwie podczas Euro. I Smuda musi wiedzieć, jak sobie z tym poradzić. Zamknąć się i nic nie mówić - źle. Za dużo gadać - też źle. Nie może jednak sobie pozwalać na takie teksty jak ten o tym buszu, co to z niego jacyś piłkarze wyszli i zaczęli grać w piłkę. 

Wyraźnie się nie lubicie. 

Smuda naopowiadał dużo bzdur na mój temat. Smuda jako selekcjoner nie może mi w niczym pomóc, za to ja, pracując w klubie, mogę mu w przyszłości przygotować zawodnika do reprezentacji i powinien czasami o tym pamiętać. Taka jest moja rola.
 
Prawda jest jednak taka, że Smuda nie ma łatwo.

Zgadza się. Trochę jednak na własne życzenie. W sztabie reprezentacji Smudzie brakuje partnera do dyskusji, burzy mózgów, a takim kimś mógłby być jakiś doświadczony trener, najlepiej byli selekcjonerzy, którzy znają specyfikę pracy z kadrą. Bo kto życzliwy teraz ma mu podpowiedzieć? Kto ma służyć mądrą radą. To jest problem Smudy. On jest sam. Ale z wyboru. Zawsze tak działał, ale w reprezentacji nie może tak robić. Musi się otoczyć ludźmi, którzy mają pojęcie, którzy coś w futbolu widzieli. Będzie mu się łatwiej pracowało. Jak widzisz samych wrogów wokół siebie, to się robi syndrom oblężonej twierdzy. Zaczynasz się bać.

Wciąż chce Pan zostać trenerem reprezentacji 

Ja mam 40 lat, Franek sześćdziesiąt parę, także jeszcze wiele przede mną. Takie aspiracje ma też wielu innych trenerów, jak Skorża, Probierz, Fornalik itd. To jest też kwestia szczęścia, w jakim czasie będziesz odnosił sukcesy klubowe, jeśli się to zbiegnie w czasie ze zmianą selekcjonera, to masz szanse go zastąpić. Kiedyś Wdowczyk mógł objąć reprezentację po Janasie, nie chciał. Kasperczak wiele razy był blisko, podobnie jak Smuda. Tak. Moim marzeniem jest praca z reprezentacją. 

Rozmawiał: Cezary Kowalski.
Źródło: POLSKA.

« powrót

 

Cytat Tygodnia

‘’Porażka jest gorsza od śmierci bo trzeba się po niej obudzić"

Czeslaw Michniewicz on Facebook
Galeria